Palo Alto, siedziba facebook’a, miejscowość usytuowana pomiędzy San
Francisco a San Diego. Miasta te łączy kolej Caltrain z wagonami
przystosowanymi do przewozu rowerów. Palo Alto leży w tzw. Dolinie Krzemowej,
skupiającej wiele siedzib znamienitych producentów półprzewodników jak i producentów oprogramowania. Nieopodal
znajduje się Uniwersytet Stanforda, gdzie realizowałem roczne stypendium.
Stanford - widok od strony Owalu |
Stanford - Main Quad |
Campus Uniwersytetu jest jednym z największych w USA. Zdominowany jest
przez piękne budynki w stylu hiszpańskim wybudowane z piaskowca, chociaż jest i
wiele nowoczesnych budynków, zupełnie nie przystających stylem, a nawet
brzydkich.
Podsumowanie dotyczy rowerowego punktu widzenia, moich eksploracji okolic
jak i wypraw w dalsze zakątki Kalifornii. Przede wszystkim chciałbym jednak
rozwiać kilka stereotypów dotyczących tego miejsca.
Jeśli wydaje Ci się, że Kalifornia to doskonałe miejsce, żeby wygrzać się
na słońcu, to może spotkać Cię niemiła niespodzianka. Klimat Kalifornii jest
dość specyficzny i zróżnicowany. Dolina Krzemowa oddzielona jest od Oceanu
pasmem gór nieco niższym niż nasze Beskidy, zaś od wschodu wdziera się zatoka,
a dalej kolejne niskie pasmo pagórków. Wyraźnie zaznacza się wpływ Oceanu z
zimnymi prądami morskimi, co powoduje, że i w Dolinie Krzemowej jest chłodno,
zaś w głębi lądu wysokie temperatury i niska wilgotność sprawiają, że jest
nieznośnie. Rozpiętość dobowych temperatur jest o wiele większa niż w Polsce.
Ranki są bardzo chłodne, a popołudnia mogą być upalne. W San Francisco jest
wietrznie, nawet o 5 stopni Celsjusza chłodniej niż w Palo Alto i bywa ponuro.
Tutaj Ocean łączy się z Zatoką i jęzory chmur mają łatwy dostęp do lądu
wdzierając się pod mostem Golden Gate.
Przez Golden Gate prowadzi ścieżka rowerowa |
Prawdą jest, że w Californii jeździć rowerem można cały rok niemal w
identycznych ciuchach. Nie ma wyraźnie zaznaczonych pór roku, śniegu w zimie
nie było, a jedynie czasami padał deszcz. Przy czym należy dodać, że dla
plażowiczów o wiele przyjemniejszym jest południowe wybrzeże, gdzie już w marcu
jest ciepło.
W Kalifornii jest sucho, szlaki rowerowe, a raczej łatwe technicznie
ścieżki, to wysuszona glina, piasek, czasami zdarzają się kamienie lub szuter,
a przede wszystkim pył pięknie pokrywający każdy fragment ramy i niszczący
uszczelki amortyzatorów. Trzeba brać poprawkę przy czytaniu recenzji opon
pisanych przez tutejszych bikerów – tutaj naprawdę nie trzeba potężnego
bieżnika, błoto występuje niezwykle rzadko, teren jest nieporównywalny do
szlaków w Polsce.
Pierwsze rozczarowanie jakie mnie spotkało, to brak szlaku rowerowego na
wzgórza Skyline. Aby dostać się do sensownego miejsca, gdzie można swobodnie
pojeździć rowerem górskim trzeba wysoko wdrapać się asfaltem (najlepiej Alpain
Rd), nie mówiąc o dojechaniu do wzgórz – szosa to jedyna opcja. Nie, żeby się
nie dało, równolegle przebiega bardzo dużo szlaków pieszych, po prostu jest to
zabronione i nie warto zadzierać ze strażnikami. Rangersi bywają nieprzyjemni o
czym miałem okazję się przekonać jadąc po zmroku przez park Mt Diablo, co
oczywiście jest zabronione. Generalnie wszystko co sprawia frajdę w Kalifornii
jest zabronione, np. kąpiel w większości jezior (nie wspominając o kąpieli na
waleta).
Wiele terenów, jezior, parków jest prywatnych, często ogrodzonych. Trudno
zaplanować dłuższą trasę w domu przy komputerze, bo w rzeczywistości okazuje
się, że na drodze znajduje się zamknięta brama lub ogrodzenie i tabliczka teren
prywatny. Na bieżąco trzeba modyfikować trasę, niejednokrotnie jadąc asfaltem.
Teraz już wiem dlaczego rowery szosowe są tak popularne w Kalifornii.
W Kalifornii znajduje się bardzo wiele parków stanowych i kilka narodowych,
ale te drugie dla rowerzystów są nieosiągalne (nie mam na myśli jazdy po
asfaltach w dolinie Yosemite, tylko prawdziwe szlaki górskie, gdzie niestety
jazda rowerem jest zabroniona). Model
rowerowania w Kalifornii wygląda tak, że rower pakuje się do samochodu,
przyjeżdża na parking pod park, pokręci trochę po ścieżkach i wraca do domu.
Parki takie jak El Corte Del Madera czy Soquel Demonstration Forest nieopodal
Santa Cruz są przyjemne, ale rozmiarowo bardzo małe i o wycieczce liczącej
70-100 km można zapomnieć. Jest jeszcze Henry W Coe oraz Mt Diablo, ale bez
samochodu ciężko się tam dostać. Marin County to strome wzgórza przeryte
szutrowymi dróżkami, jedynie z fragmentarycznymi, łatwymi singletrackami i
widokiem na Ocean/Golden Gate. Redwood Big Basin to głównie szutry, szlaki
zarezerwowane są dla pieszych.
El Corte de Madera |
Mt Diablo |
Generalnie model życia w Kalifornii bez samochodu jest nie do wyobrażenia.
Było mi ciężko pod tym względem. Komunikacja kolejowa jest bardzo ograniczona,
do parków praktycznie nie ma transportu miejskiego.
Należy dodać, że większość parków to wzgórza porośnięte suchą trawą, trochę
rzadkiego lasu, gdzie cienia nie ma za wiele i bywa też sporo krzaków.
Dodatkowo trzeba uważać na krzewy i drzewa trujących dębów – wystarczy otrzeć
się o ich liście i zaraz dostaje się nieprzyjemnej wysypki i bąblów. Większość terenów to jak na mój gust
nieużytki, ale Amerykanie przeważnie się zachwycają. Pod tym względem wyróżnia
się Redwood Big Basin, gdzie las wygląda normalnie, jest wilgotno, są
strumienie i nawet wodospady, a strzeliste, ogromne drzewa Redwood robią
wrażenie.
Drzewa Redwood |
W sumie w Kalifornii byłem na dwóch większych wyprawach. Jedna z nich,
terenowa, prowadziła do Jeziora Tahoe i wokół niego (po części w stanie
Nevada), a druga, głównie szosowa, wzdłuż wybrzeża do Bodega Bay, a potem do
Sonoma i Napa – dolin słynących z doskonałych win.
Trasa nad Jezioro Tahoe ułożona była mając na uwadze kształtujący się
powoli wyścig w stylu bez wsparcia zewnątrz (California Sierra Trail Race). Z
bólem muszę przyznać, że było to kolejne rozczarowanie. Nieporównywalnie lepsze
wrażenia sprawiły na mnie Arizona, Utah, nie wspominając o Kolorado, które
ciągle pod względem szlaków rowerowych, piękna i dziczy gór San Juan jest moim
numerem jeden.
Na pewno do napełnienia czary goryczy przyczyniła się pogoda, a właściwie
sierpniowy upał. Dojazd z Sacramento, gdzie dotarłem pociągiem, do Auburn
najkrótszą, szosową drogą nie był najlepszym pomysłem. Czacha zaczęła dymić i
udar słoneczny mocno dał się we znaki, tak że następnego dnia niewiele byłem w
stanie przejechać, a właściwie przepchać, bo inaczej nie bardzo się dało po
szlaku konnym. Następny dzień też nie zachwycał zarówno pod względem widoków
jak i szlaków. Dopiero sytuacja odmieniała się po dotarciu nad Jezioro Tahoe i
wjazd na genialny szlak Tahoe Rim Trail. Co prawda nie jest on w całości dostępny
dla rowerzystów, ale ta część, którą można przejechać jest warta uwagi.
Niewiele co prawda jest technicznych sekcji, ale za to większość jest
podjeżdżalna (polecam kierunek zgodny z ruchem wskazówek zegara), szlak jest
sprytnie wyprofilowany z masą agrafek i zakosów. Nie muszę dodawać, że
krajobrazy są bajeczne, co w połączeniu z ładną pogodą, nieco chłodniejszym
powietrzem z uwagi na wysokość nad poziom morza wywołało uśmiech na twarzy.
Generalnie w Kalifornii czy Utah jest tak, że najlepiej jak najszybciej wdrapać
się wyżej, aby uniknąć upałów i suchego powietrza w dolinach, które powodują
zasychanie śluzówki.
I tak można jechać po górach wokół jeziora Tahoe nawet przez 3 dni, albo i
dłużej, jeśli ktoś wolno jeździ. Szlak
jest piękny, zresztą zdjęcia mówią same za siebie. Ale z drugiej strony szlak
nie jest ciągły i trzeba zjechać na asfalt, bo fragmenty dostępne są tylko dla
pieszych. I w zamian za szlak pieszy mamy detour, ale nie taki jak w Kolorado, gdzie ciągle było pięknie
i dominowały szutry…
Druga wycieczka była znacznie krótsza, trzy-dniowa. Prowadziła głównie
mniej uczęszczanymi szosami, nie licząc Bolinas Ridge i Parku Annandel. Sporym
problemem było znalezienie miejsca do spania na dziko. Kalifornia jest mocno
zurbanizowanym stanem, w Parkach nie wolno przebywać po zmroku, pola namiotowe
są płatne i trzeba je rezerwować z dużym wyprzedzeniem, nie wspominając o tym,
że to żadna przyjemność nocowania wśród skupisk ludzkich.
Pierwszą noc spędziłem nad zatoką Bodega, blisko punktu widokowego.
Musiałem poczekać do zmroku jak Ludkowie podziwiający zachód słońca odjadą
swoimi samochodami, bo nieopodal znajdowało się skupisko rozłożystych drzew ze
znakomitym miejscem na biwak. Ranek był okropnie zimny jak na koniec sierpnia,
a to za sprawą oceanu spowitego mgłą. Mgła była wyjątkowo gęsta i skraplała się
na rzęsach, brwiach i ziębiła policzki. Po wdrapaniu się na wzgórza zamiast
oceanu widać było tylko mleczną biel niczym morze chmur.
![]() |
Bodega Bay, Sonoma and Napa Valleys |
Droga nr 1 wzdłuż wybrzeża może być dość atrakcyjna, ale raczej dla samochodów i motocykli a nie rowerów. Wąsko, brak pobocza, spory ruch. Trochę klifów, ciekawa faktura wybrzeża, co jakiś czas restauracje rybne, szyldy z ofertami ostryg.
Potem był interesujący łącznik, widać często uczęszczany przez szosowców.
Nielegalny nocleg w Parku Annandel. Wzgórza pokryte winoroślami, kilka
luksusowych posiadłości, a na koniec ogromny kielich Pino Noire. Amerykanie byliby zachwyceni…
Jeśli miałbym jeszcze kiedyś okazję być z rowerem w Kalifornii, to pewnie
pojechałbym na lekko wokół jeziora Tahoe.
Dzień dobry!
OdpowiedzUsuńChciałabym nawiązać z Panem współpracę, czy mogę prosić o kontakt na e-maila: judyta@traffictrends.pl
Super wpis. Pozdrawiam i czekam na więcej.
OdpowiedzUsuń